FanFiction
04-25-2009, 13:54
Grey - dziwnej przyjaźni urok
Autor: Anika (http://www.harry-potter.net.pl/Anika-p2538.html)
Cisza i spokój.
Hogwart nocą jest piękny. Tajemniczy i zarazem przerażający.
Taka miła odmiana po całym dniu wzmożonego ruchu korytarzowego. Wrzeszczący i wyzywający się na pojedynki czarodziejów uczniowie klas najniższych, rzucający na siebie Zaklęcia Transmutacyjne uczniowie klas wyższych oraz wściekający się na małolatów uczniowie klas najwyższych. Nie zapomnijmy o nauczycielach prawiących reprymendy wychowankom, duchy pilnujące porządku tu i tam...
Kipisz, jednym słowem.
Ciężko przejść korytarzem, żeby cię nie zdeptali jak karalucha. Trzeba też diabelnie uważać, żeby nie trafił cię rykoszetem jakiś zabłąkany, niewprawnie rzucony urok, bo inaczej może być źle. Wielokrotnie miałam przyjemność się o tym przekonać. Niezliczoną ilość razy odczarowywała mnie sama Minerwa McGonagall, nauczycielka transmutacji w tej szkole.
W nocy jednak panuje tu niczym niezmącona cisza.
Nie ma uczniów - głównego siedliszcza wrzasku. O tej porze wszyscy powinni być w swoich łóżkach, regenerując organizmy przed kolejnym hałaśliwym dniem. Powinni - nie zawsze jednak są. Właśnie po to profesorowie patrolują korytarze szkolne, pilnując, by dzieci nie łamały któregoś tam punktu regulaminu szkoły, mówiącego o zachowaniu ciszy nocnej. Czasami też nad podłogą lub tuż pod sufitem dryfuje sobie w powietrzu jakiś cierpiący na bezsenność duch. Ostatnio oprócz stałego nocnego marka Krwawego Barona coraz częściej widzę jak tajnymi hogwarckimi przejściami włóczy się Sir Nicholas De Mimsy Porpington, nazywany Prawie Bezgłowym Nickiem. Niekiedy zdarza mu się mnie zauważyć - wtedy otrząsa się z zadumy, macha mi po przyjacielsku, a czasem i głaszcze po głowie, za czym nie przepadam. Mam wtedy wrażenie, że weszłam pod lodowaty prysznic.
Oczywiście ja po Hogwarcie poruszam się swobodnie i bez lęku o każdej porze tak dnia, jak i nocy. Nauczyciele nie zwracają na mnie uwagi, duchy mijają wzrokiem... no, z pominięciem tych wyskoków Nicka. Dzięki temu świętemu spokojowi znam calutki zamek jak własną kieszeń. Żadne tajne przejście nie jest dla mnie czymś nowym i zaskakującym. Tylko rudzi Weasleyowie i ten cały Harry Potter wiedzą trochę więcej ode mnie. Zawsze obiecuję sobie, że będę za nimi szła tak długo i bezszelestnie, aż doprowadzą mnie do jakichś nowych pomieszczeń. Niestety, oni są niesamowici. Nawet ja nie potrafię aż tak wtapiać się w ściany i meble. A oni mają to opanowane do perfekcji! Za to się na nich mszczę. Doprowadza ich to do szału... Nie dziwię się, reprymendy szkolnego Mistrza Eliksirów do najprzyjemniejszych nie należą.
Wolę chodzić po zamku nocą.
Dlaczego?
Odpowiedź jest prosta.
Uczniowie mnie nienawidzą. Z czystym sercem mogę powiedzieć, że i nie bez wzajemności. I pomyśleć, że kiedyś tak nie było... Nie ma co wzdychać po próżnicy, po prostu opowiem wam wszystko. Co mi zależy?
Na czym skończyłam?
A tak. Na uczniach i ich skoncentrowanej na mnie nienawiści.
Pamiętam jak dziś mój pierwszy dzień w tej szkole. Wszystko wydawało mi się takie wielkie, takie cudowne, takie wspaniałe. I te zapachy z kuchni! Smażone ryby, mój ulubiony przysmak sprawiły, że aż żołądek ścisnął mi się z głodu. Podróż ekspresem Londyn - Hogwart trochę nadszarpnęła moje siły witalne. Wszyscy przyszli pierwszoklasiści wyglądali na zmęczonych i wystraszonych. Nie dziwię się, Ceremonia Przydziału okryta była woalem grozy. Nikt nie wiedział na czym taki przydział polega (oczywiście z pominięciem uczniów z czarodziejskich rodzin, ale nawet i ci czuli bojaźń bożą przed tym, co za chwilę miało nastąpić). Kiedy nadeszła Minerwa McGonagall, strach na twarzach przyszłych uczniów stał się widoczny na kilometr. Nie powiem, ja też się przejmowałam całym tym wydarzeniem. Wprowadzono nas do Wielkiej Sali, gdzie przy czterech długich stołach siedziała masa adeptów magii ze starszych roczników. Zeszłoroczni pierwszoklasiści, którzy równo rok temu prawdopodobnie wyglądali tak, jakby prowadzono ich na ścięcie, teraz byli zacnymi drugoklasistami, patrzącymi z uśmieszkami wyższości na młodszych od nich kolegów, których wręcz pożerała trema i strach.
Wtedy, od stojącego w poprzek sali stołu prezydialnego, podniósł się niski człowieczek i przyniósł stary stołek na trzech nogach oraz jeszcze starszą, obrzydliwie brudną tiarę.
Przydział okazał się być banalny i zabawny. Polegał na założeniu na głowę tego brudasa, który potem na całą salę ogłaszał wynik - uczeń miał możliwość trafienia do jednego z czterech domów : Gryffindoru, Ravenclawu, Hufflepuffu lub Slytherinu. Przy każdym z nich, ilekroć któryś dzieciak dostał przydział, wiwatowano i dodawano wrzaskliwej otuchy.
Już po Ceremonii dyrektor walnął kazanie, które od biedy można by było uznać za przemówienie i na stołach pojawiło się jedzenie. Ryba nęciła swoim zapachem, szybko więc dorwałam się do całego półmiska. Pamiętam wszechobecne zdumienie Gryfonów, a potem śmiech radości, kiedy spojrzałam na nich znad talerza. Musiałam wyglądać przekomicznie.
- Przepraszam za Mayę... Bardzo zgłodniała po podróży... - Moja, wtedy jeszcze najlepsza, przyjaciółka Sassan spojrzała na wszystkich przepraszająco i z czerwoną ze wstydu buzią odsunęła mnie od półmiska. - Nałożę ci trochę surówki, nie rzucaj się tak na jedzenie... - Szepnęła zawstydzona.
Zawsze była wstydliwa i chorobliwie nieśmiała. Byłam jej jedyną przyjaciółką.
Resztę kolacji pamiętam jak przez mgłę. Deser, końcowe przemówienie dyrektora, profesora Dumbledore'a i podróż po schodach do wieży Gryffindoru. Długa droga. Całą noc śniłam potem o tej cudownej, pysznej rybie...
Byłam w szoku, jak szybko czas mi leciał na początku! Wszyscy zdawali się mnie lubić, byłam spokojna i neutralna. Sassan nie musiała się już mnie wstydzić, co przyjęła z ulgą.
Przez pierwsze trzy tygodnie grzecznie chodziłam spać o tej samej porze co ona. Znałyśmy się dość długo, to był nasz rytuał. Kiedy ona kładła się spać, ja również robiłam to samo. Którejś nocy postanowiłam pójść bez niej na przechadzkę i pamiętam, że była to przygoda mojego życia. Skradałam się korytarzami jak szpieg ir30; czułam się wspaniale. Zrozumiałam, że podróże po tym zamczysku są dla mnie stworzone. Wróciłam do dormitorium nad ranem. Zmęczona i pod wpływem nocnych wrażeń. Tego dnia nie poszłam na lekcje, Sassan stwierdziła, że wyglądam nieswojo i że lepiej będzie jak zostanę.
Nie posłuchałam jej. Ledwie wyszła, w drodze chowając do kieszeni różdżkę, a ja już zeskoczyłam z łóżka i ruszyłam na podbój świata. W Pokoju Wspólnym natknęłam się na kilkoro trzecioklasistów.
- Patrzcie, Maya! - Uśmiechnęła się zielonooka blondyneczka. - Chodź do nas, mamy ciastka!
Ciastka! Mój apetycik się odezwał. Blondynka trzymała w ręku pierniczka. Wspaniały zapach ciepłej czekolady unosił się w powietrzu, docierając do mnie i nęcąc mnie coraz bardziej. Uwielbiam ciastka nie mniej od smażonej ryby, ale nie wolno mi ich jeść za dużo, bo mnie potem bardzo boli brzuch.
Wspomnienie z ciastkami nadal działa na mnie najsilniej i ilekroć poczuję zapach ciepłych pierniczków w polewie czekoladowej budzi się we mnie tęsknota... Oni mnie lubili. Nawet bardzo. Czułam to od nich.
Autor: Anika (http://www.harry-potter.net.pl/Anika-p2538.html)
Cisza i spokój.
Hogwart nocą jest piękny. Tajemniczy i zarazem przerażający.
Taka miła odmiana po całym dniu wzmożonego ruchu korytarzowego. Wrzeszczący i wyzywający się na pojedynki czarodziejów uczniowie klas najniższych, rzucający na siebie Zaklęcia Transmutacyjne uczniowie klas wyższych oraz wściekający się na małolatów uczniowie klas najwyższych. Nie zapomnijmy o nauczycielach prawiących reprymendy wychowankom, duchy pilnujące porządku tu i tam...
Kipisz, jednym słowem.
Ciężko przejść korytarzem, żeby cię nie zdeptali jak karalucha. Trzeba też diabelnie uważać, żeby nie trafił cię rykoszetem jakiś zabłąkany, niewprawnie rzucony urok, bo inaczej może być źle. Wielokrotnie miałam przyjemność się o tym przekonać. Niezliczoną ilość razy odczarowywała mnie sama Minerwa McGonagall, nauczycielka transmutacji w tej szkole.
W nocy jednak panuje tu niczym niezmącona cisza.
Nie ma uczniów - głównego siedliszcza wrzasku. O tej porze wszyscy powinni być w swoich łóżkach, regenerując organizmy przed kolejnym hałaśliwym dniem. Powinni - nie zawsze jednak są. Właśnie po to profesorowie patrolują korytarze szkolne, pilnując, by dzieci nie łamały któregoś tam punktu regulaminu szkoły, mówiącego o zachowaniu ciszy nocnej. Czasami też nad podłogą lub tuż pod sufitem dryfuje sobie w powietrzu jakiś cierpiący na bezsenność duch. Ostatnio oprócz stałego nocnego marka Krwawego Barona coraz częściej widzę jak tajnymi hogwarckimi przejściami włóczy się Sir Nicholas De Mimsy Porpington, nazywany Prawie Bezgłowym Nickiem. Niekiedy zdarza mu się mnie zauważyć - wtedy otrząsa się z zadumy, macha mi po przyjacielsku, a czasem i głaszcze po głowie, za czym nie przepadam. Mam wtedy wrażenie, że weszłam pod lodowaty prysznic.
Oczywiście ja po Hogwarcie poruszam się swobodnie i bez lęku o każdej porze tak dnia, jak i nocy. Nauczyciele nie zwracają na mnie uwagi, duchy mijają wzrokiem... no, z pominięciem tych wyskoków Nicka. Dzięki temu świętemu spokojowi znam calutki zamek jak własną kieszeń. Żadne tajne przejście nie jest dla mnie czymś nowym i zaskakującym. Tylko rudzi Weasleyowie i ten cały Harry Potter wiedzą trochę więcej ode mnie. Zawsze obiecuję sobie, że będę za nimi szła tak długo i bezszelestnie, aż doprowadzą mnie do jakichś nowych pomieszczeń. Niestety, oni są niesamowici. Nawet ja nie potrafię aż tak wtapiać się w ściany i meble. A oni mają to opanowane do perfekcji! Za to się na nich mszczę. Doprowadza ich to do szału... Nie dziwię się, reprymendy szkolnego Mistrza Eliksirów do najprzyjemniejszych nie należą.
Wolę chodzić po zamku nocą.
Dlaczego?
Odpowiedź jest prosta.
Uczniowie mnie nienawidzą. Z czystym sercem mogę powiedzieć, że i nie bez wzajemności. I pomyśleć, że kiedyś tak nie było... Nie ma co wzdychać po próżnicy, po prostu opowiem wam wszystko. Co mi zależy?
Na czym skończyłam?
A tak. Na uczniach i ich skoncentrowanej na mnie nienawiści.
Pamiętam jak dziś mój pierwszy dzień w tej szkole. Wszystko wydawało mi się takie wielkie, takie cudowne, takie wspaniałe. I te zapachy z kuchni! Smażone ryby, mój ulubiony przysmak sprawiły, że aż żołądek ścisnął mi się z głodu. Podróż ekspresem Londyn - Hogwart trochę nadszarpnęła moje siły witalne. Wszyscy przyszli pierwszoklasiści wyglądali na zmęczonych i wystraszonych. Nie dziwię się, Ceremonia Przydziału okryta była woalem grozy. Nikt nie wiedział na czym taki przydział polega (oczywiście z pominięciem uczniów z czarodziejskich rodzin, ale nawet i ci czuli bojaźń bożą przed tym, co za chwilę miało nastąpić). Kiedy nadeszła Minerwa McGonagall, strach na twarzach przyszłych uczniów stał się widoczny na kilometr. Nie powiem, ja też się przejmowałam całym tym wydarzeniem. Wprowadzono nas do Wielkiej Sali, gdzie przy czterech długich stołach siedziała masa adeptów magii ze starszych roczników. Zeszłoroczni pierwszoklasiści, którzy równo rok temu prawdopodobnie wyglądali tak, jakby prowadzono ich na ścięcie, teraz byli zacnymi drugoklasistami, patrzącymi z uśmieszkami wyższości na młodszych od nich kolegów, których wręcz pożerała trema i strach.
Wtedy, od stojącego w poprzek sali stołu prezydialnego, podniósł się niski człowieczek i przyniósł stary stołek na trzech nogach oraz jeszcze starszą, obrzydliwie brudną tiarę.
Przydział okazał się być banalny i zabawny. Polegał na założeniu na głowę tego brudasa, który potem na całą salę ogłaszał wynik - uczeń miał możliwość trafienia do jednego z czterech domów : Gryffindoru, Ravenclawu, Hufflepuffu lub Slytherinu. Przy każdym z nich, ilekroć któryś dzieciak dostał przydział, wiwatowano i dodawano wrzaskliwej otuchy.
Już po Ceremonii dyrektor walnął kazanie, które od biedy można by było uznać za przemówienie i na stołach pojawiło się jedzenie. Ryba nęciła swoim zapachem, szybko więc dorwałam się do całego półmiska. Pamiętam wszechobecne zdumienie Gryfonów, a potem śmiech radości, kiedy spojrzałam na nich znad talerza. Musiałam wyglądać przekomicznie.
- Przepraszam za Mayę... Bardzo zgłodniała po podróży... - Moja, wtedy jeszcze najlepsza, przyjaciółka Sassan spojrzała na wszystkich przepraszająco i z czerwoną ze wstydu buzią odsunęła mnie od półmiska. - Nałożę ci trochę surówki, nie rzucaj się tak na jedzenie... - Szepnęła zawstydzona.
Zawsze była wstydliwa i chorobliwie nieśmiała. Byłam jej jedyną przyjaciółką.
Resztę kolacji pamiętam jak przez mgłę. Deser, końcowe przemówienie dyrektora, profesora Dumbledore'a i podróż po schodach do wieży Gryffindoru. Długa droga. Całą noc śniłam potem o tej cudownej, pysznej rybie...
Byłam w szoku, jak szybko czas mi leciał na początku! Wszyscy zdawali się mnie lubić, byłam spokojna i neutralna. Sassan nie musiała się już mnie wstydzić, co przyjęła z ulgą.
Przez pierwsze trzy tygodnie grzecznie chodziłam spać o tej samej porze co ona. Znałyśmy się dość długo, to był nasz rytuał. Kiedy ona kładła się spać, ja również robiłam to samo. Którejś nocy postanowiłam pójść bez niej na przechadzkę i pamiętam, że była to przygoda mojego życia. Skradałam się korytarzami jak szpieg ir30; czułam się wspaniale. Zrozumiałam, że podróże po tym zamczysku są dla mnie stworzone. Wróciłam do dormitorium nad ranem. Zmęczona i pod wpływem nocnych wrażeń. Tego dnia nie poszłam na lekcje, Sassan stwierdziła, że wyglądam nieswojo i że lepiej będzie jak zostanę.
Nie posłuchałam jej. Ledwie wyszła, w drodze chowając do kieszeni różdżkę, a ja już zeskoczyłam z łóżka i ruszyłam na podbój świata. W Pokoju Wspólnym natknęłam się na kilkoro trzecioklasistów.
- Patrzcie, Maya! - Uśmiechnęła się zielonooka blondyneczka. - Chodź do nas, mamy ciastka!
Ciastka! Mój apetycik się odezwał. Blondynka trzymała w ręku pierniczka. Wspaniały zapach ciepłej czekolady unosił się w powietrzu, docierając do mnie i nęcąc mnie coraz bardziej. Uwielbiam ciastka nie mniej od smażonej ryby, ale nie wolno mi ich jeść za dużo, bo mnie potem bardzo boli brzuch.
Wspomnienie z ciastkami nadal działa na mnie najsilniej i ilekroć poczuję zapach ciepłych pierniczków w polewie czekoladowej budzi się we mnie tęsknota... Oni mnie lubili. Nawet bardzo. Czułam to od nich.