FanFiction
04-25-2009, 13:47
Epilog (nie)kontrolowany
Autor: Anika (http://www.harry-potter.net.pl/Anika-p2538.html)
Pięć lat później...
- Caleb, bądź prawdziwym Gryfonem i nie płacz. To, że jakiś Ślizgon ze starszej klasy rzucił na ciebie zaklęcie poplątania nóg i wybiłeś sobie przednią jedynkę o posadzkę na korytarzu, nie oznacza, że trzeba płakać...
- Ale... to boli... bardzo... i le... leci mi kreeeew...
- Caleb, gdybym miał tak płakać za każdym razem, kiedy się skaleczyłem, spadłem z miotły, zostałem ukąszony przez bazyliszka, et cetera, et cetera, już dawno skończyłbym jako jedyny w swoim rodzaju totalny nadwrażliwiec. Z czego cholernie cieszyłby się sam Malfoy...
Jedenastoletni blondynek o wielkich chabrowych oczkach chlipnął po raz ostatni bardzo nieprzekonująco i powoli wstał z zimnej podłogi, gramoląc się przy tym tak pociesznie, że profesor uśmiechnął się ciepło.
- Pójdziemy do Skrzydła Szpitalnego i madame Pomfrey załata ci ząbka w bezbolesny sposób. - Nauczyciel wziął Caleba za rękę i poprowadził go pustym korytarzem do klatki schodowej.
- Panie profesorze... - Caleb otarł nos rękawem szkolnej szaty.
- Tak, Calebie?
- A chłopcy z mojego dormitorium wczoraj wieczorem mi mówili, że pan jest bardzo sławny... - Blondynek grzecznie truchtał obok nauczyciela, starając się nie seplenić.
- Jestem sławny. Tak. - Harry speszył się lekko, poprawiając palcem zsuwające się z nosa okulary. - Już niedługo będziesz się o mnie uczył na Historii Magii. - Po chwili zdał sobie sprawę, że te słowa zabrzmiały bardzo dziwnie i egzotycznie w jego ustach, ale nadrobił to uśmiechem.
Caleb z wrażenia otworzył szeroko buzię.
- Jejku, myślałem, że Antone i Malcolm żartowali sobie ze mnie... Ja jestem taki trochę niezorientowany... Nie jestem z czarodziejskiej rodziny i oni się ze mnie śmieją z tego powodu... - Chłopiec posmutniał i znowu otarł nos rękawem, który po kilkunastu takich sesjach prezentował się bardzo nieciekawie.
Harry uśmiechnął się lekko.
- Nie przejmuj się, Calebie. Ja mam przyjaciółkę z niemagicznej rodziny i ona jest najlepsza we wszystkim poza quidditchem - odgarnął czarne włosy z oczu i poczochrał blond główkę Caleba.
- Jej, to znaczy, że ja też kiedyś będę mógł się odegrać na tych Ślizgonach, którzy mi to zrobili? - zapytał podekscytowany Gryfonek.
Harry westchnął. Ach te jedenastolatki, przecież tak nie można... Zemsta do niczego nie prowadzi, a jedynie niszczy wszystko, co buduje się tak bardzo długo między ludźmi.
- Tak. Będziesz mógł. Ale dopiero, jak nauczysz się co najmniej trzeciego poziomu zaklęć - odpowiedział wesoło, na co Caleb jęknął z rozczarowaniem.
Okularnik zerknął za okno.
Piękna październikowa pogoda pokazywała swoje wdzięki, złocistym słońcem oświetlając Zakazany Las oraz błonia Hogwartu, na których zauważył grupę czwartoklasistów z Ravenclawu. Najwyraźniej Hagrid pokazywał im niuchacze, ponieważ jeden z Krukonów, usiłował zabrać swoją przyodzianą w złoty zegarek rękę. Już tyle czasu minęło, odkąd tymi błoniami szedł na swoją własną śmierć do lasu, na polanę, gdzie czekał na niego Lord Voldemort i stado śmierciożerców.
- Panie profesorze?
Harry wyrwał się z zadumy i zorientował, że stoi przy oknie i bezwiednie wpatruje się w ścieżkę wydeptaną tuż za bramą Hogwartu, prowadzącą bezpośrednio do Hogsmeade.
- Przepraszam cię, Calebie, zamyśliłem się. - Harry zdmuchnął włosy z czoła i zreflektował się szybko. - Czasami tak mam.
- Moja mama też tak ma, ale tylko wtedy, kiedy tata długo nie wraca z pracy - stwierdził ponuro blondynek. - Nie chce wtedy ze mną rozmawiać, nie chce mnie przytulić...
Harry poczuł sympatię do tego dziecka,
- Będzie dobrze, zobaczysz. Ja ci to obiecuję.
Ruszyli dalej w kompletnej ciszy, czasami było tylko słychać, jak Caleb ociera nos rękawem szaty, który przedstawiał siódmy obraz nędzy i rozpaczy.
- Panie profesorze... ta blizna to jakiś taki pana znak rozpoznawczy? - Caleb wreszcie odważył się otworzyć buzię. Wyglądał na trochę przestraszonego swoją śmiałością, ale nauczyciel obrony przed czarną magią i zarazem opiekun Gryffindoru już od pierwszego dnia, kiedy prowadził ich wszystkich na Ceremonię Przydziału, wydał mu się bardzo miły i sympatyczny.
Harry zaśmiał się. Ten dzieciak jest całkiem do rzeczy, pomyślał rozbawiony.
- Tak, znak rozpoznawczy, tak samo jak znakiem rozpoznawczym naszego dyrektora jest parujący kociołek i niespotykany patronus. - Puścił Calebowi oczko.
- Patronus? Ja wiem... widziałem wczoraj, jak wychodziłem z sali od eliksirów. Profesor Snape chyba myślał, że w klasie już nikogo nie ma, a ja stałem przy drzwiach... Bałem się wejść, zostawiłem tam swój pergamin z pracą domową... - Caleb zaczerwienił się ze wstydu. Harry zmarszczył brwi.
- Skąd wiesz, co to za zaklęcie? - zapytał w miarę jak najmniej podchwytliwie.
- Profesor wymówił formułę Eskaperteo Patronoum, czy jakoś tak... i z jego różdżki wyszedł najpierw taki biały dymek, podobny do tego, który pojawia się nad fajką profesora Flitwicka, kiedy wszyscy wychodzą po lekcji - odpowiedziało rezolutne dziecko. - No, ale z różdżki pana dyrektora wystrzeliła taka mgiełka, która zamieniła się w pana, panie profesorze.
Harry zaczerwienił się po czubki uszu.
- Tak, to jest patronus pana dyrektora.
Byli już prawie na samym dole, do Skrzydła Szpitalnego zostało im jeszcze jakieś dwie minuty drogi.
- Boli mnie buzia - poskarżył się Caleb. Harry spojrzał na niego i aż się rozczulił, co było totalnie nie w jego stylu. Zatrzymał się na chwilę i przyklęknął naprzeciw Gryfonka, patrząc mu prosto w oczy.
- Calebie, pamiętaj. Jesteś w Gryffindorze. Gryfoni to twarde sztuki. Tylko Ślizgoni wymiękają przy byle skaleczeniu i udają, że umierają, jeśli zatną się ostrym brzegiem pergaminu.
- Tak pan uważa, panie Potter?
Harry aż drgnął na dźwięk tak dobrze znanego mu głosu. Pochylił lekko głowę, tłumiąc chichot, a raczej ukrywając go przed Calebem i powoli wstał. Powłóczystym ruchem obrócił się w stronę głosu.
Tuż za nim stał Severus Snape. W całej swej okazałości.
Harry z nostalgią stwierdził, że wcale się nie zmienił, a cztery plamy na jego szyi i karku nadają mu takiego... seksownego wyglądu. No i trochę sztywno porusza głową, ale nie dziwota... skoro ukąsił go jadowity wąż, będący jednocześnie fragmentem duszy Voldemorta...
W tej chwili Snape taksował go nieprzeniknionym spojrzeniem. Widać było, że przywołany z powrotem na swoje stanowisko dyrektor Hogwartu ma ochotę się roześmiać, ale status społeczny i opinia publiczna mu na to nie pozwala. Harry widział jednak ukochane przez niego radosne i zupełnie niepasujące do Severusa iskierki w zwykle zimnych, czarnych i bezdennych jak zamknięte tunele oczach i cieszył się, że dawny nauczyciel a aktualnie przełożony i jego ukochany wcale a wcale się nie zmienił, jeśli chodzi o charakter. Wredny, bezczelny, ironiczny... i nawet, niech to diabli, nie posiwiał, co było wprost niesamowite, patrząc na niego przez pryzmat zmian zachodzących w innych nauczycielach. Profesor Sinistra dorobiła się zmarszczek, McGonagall posiwiała jeszcze bardziej, o ile w ogóle to możliwe, Flitwick zgarbił się trochę, Trelawney jeszcze bardziej zbzikowała. Harry pomyślał ze smutkiem o profesor Sprout, która zginęła z rąk któregoś ze śmierciożerców podczas oblężenia Hogwartu. Od tamtego tragicznego dnia minęło pięć lat. Tyle osób poniosło śmierć. Pół Zakonu wybito w pień, większość ludzi, która włączyła się do walki była jakoś powiązana z grupą powołaną jakieś trzydzieści lat temu przez świętej pamięci Albusa Dumbledorer17;a. Tonks, Kingsley, Cho Chang, Artur Weasley... to nadal bolało, chociaż teraz, po tych pięciu latach jakby mniej.
Autor: Anika (http://www.harry-potter.net.pl/Anika-p2538.html)
Pięć lat później...
- Caleb, bądź prawdziwym Gryfonem i nie płacz. To, że jakiś Ślizgon ze starszej klasy rzucił na ciebie zaklęcie poplątania nóg i wybiłeś sobie przednią jedynkę o posadzkę na korytarzu, nie oznacza, że trzeba płakać...
- Ale... to boli... bardzo... i le... leci mi kreeeew...
- Caleb, gdybym miał tak płakać za każdym razem, kiedy się skaleczyłem, spadłem z miotły, zostałem ukąszony przez bazyliszka, et cetera, et cetera, już dawno skończyłbym jako jedyny w swoim rodzaju totalny nadwrażliwiec. Z czego cholernie cieszyłby się sam Malfoy...
Jedenastoletni blondynek o wielkich chabrowych oczkach chlipnął po raz ostatni bardzo nieprzekonująco i powoli wstał z zimnej podłogi, gramoląc się przy tym tak pociesznie, że profesor uśmiechnął się ciepło.
- Pójdziemy do Skrzydła Szpitalnego i madame Pomfrey załata ci ząbka w bezbolesny sposób. - Nauczyciel wziął Caleba za rękę i poprowadził go pustym korytarzem do klatki schodowej.
- Panie profesorze... - Caleb otarł nos rękawem szkolnej szaty.
- Tak, Calebie?
- A chłopcy z mojego dormitorium wczoraj wieczorem mi mówili, że pan jest bardzo sławny... - Blondynek grzecznie truchtał obok nauczyciela, starając się nie seplenić.
- Jestem sławny. Tak. - Harry speszył się lekko, poprawiając palcem zsuwające się z nosa okulary. - Już niedługo będziesz się o mnie uczył na Historii Magii. - Po chwili zdał sobie sprawę, że te słowa zabrzmiały bardzo dziwnie i egzotycznie w jego ustach, ale nadrobił to uśmiechem.
Caleb z wrażenia otworzył szeroko buzię.
- Jejku, myślałem, że Antone i Malcolm żartowali sobie ze mnie... Ja jestem taki trochę niezorientowany... Nie jestem z czarodziejskiej rodziny i oni się ze mnie śmieją z tego powodu... - Chłopiec posmutniał i znowu otarł nos rękawem, który po kilkunastu takich sesjach prezentował się bardzo nieciekawie.
Harry uśmiechnął się lekko.
- Nie przejmuj się, Calebie. Ja mam przyjaciółkę z niemagicznej rodziny i ona jest najlepsza we wszystkim poza quidditchem - odgarnął czarne włosy z oczu i poczochrał blond główkę Caleba.
- Jej, to znaczy, że ja też kiedyś będę mógł się odegrać na tych Ślizgonach, którzy mi to zrobili? - zapytał podekscytowany Gryfonek.
Harry westchnął. Ach te jedenastolatki, przecież tak nie można... Zemsta do niczego nie prowadzi, a jedynie niszczy wszystko, co buduje się tak bardzo długo między ludźmi.
- Tak. Będziesz mógł. Ale dopiero, jak nauczysz się co najmniej trzeciego poziomu zaklęć - odpowiedział wesoło, na co Caleb jęknął z rozczarowaniem.
Okularnik zerknął za okno.
Piękna październikowa pogoda pokazywała swoje wdzięki, złocistym słońcem oświetlając Zakazany Las oraz błonia Hogwartu, na których zauważył grupę czwartoklasistów z Ravenclawu. Najwyraźniej Hagrid pokazywał im niuchacze, ponieważ jeden z Krukonów, usiłował zabrać swoją przyodzianą w złoty zegarek rękę. Już tyle czasu minęło, odkąd tymi błoniami szedł na swoją własną śmierć do lasu, na polanę, gdzie czekał na niego Lord Voldemort i stado śmierciożerców.
- Panie profesorze?
Harry wyrwał się z zadumy i zorientował, że stoi przy oknie i bezwiednie wpatruje się w ścieżkę wydeptaną tuż za bramą Hogwartu, prowadzącą bezpośrednio do Hogsmeade.
- Przepraszam cię, Calebie, zamyśliłem się. - Harry zdmuchnął włosy z czoła i zreflektował się szybko. - Czasami tak mam.
- Moja mama też tak ma, ale tylko wtedy, kiedy tata długo nie wraca z pracy - stwierdził ponuro blondynek. - Nie chce wtedy ze mną rozmawiać, nie chce mnie przytulić...
Harry poczuł sympatię do tego dziecka,
- Będzie dobrze, zobaczysz. Ja ci to obiecuję.
Ruszyli dalej w kompletnej ciszy, czasami było tylko słychać, jak Caleb ociera nos rękawem szaty, który przedstawiał siódmy obraz nędzy i rozpaczy.
- Panie profesorze... ta blizna to jakiś taki pana znak rozpoznawczy? - Caleb wreszcie odważył się otworzyć buzię. Wyglądał na trochę przestraszonego swoją śmiałością, ale nauczyciel obrony przed czarną magią i zarazem opiekun Gryffindoru już od pierwszego dnia, kiedy prowadził ich wszystkich na Ceremonię Przydziału, wydał mu się bardzo miły i sympatyczny.
Harry zaśmiał się. Ten dzieciak jest całkiem do rzeczy, pomyślał rozbawiony.
- Tak, znak rozpoznawczy, tak samo jak znakiem rozpoznawczym naszego dyrektora jest parujący kociołek i niespotykany patronus. - Puścił Calebowi oczko.
- Patronus? Ja wiem... widziałem wczoraj, jak wychodziłem z sali od eliksirów. Profesor Snape chyba myślał, że w klasie już nikogo nie ma, a ja stałem przy drzwiach... Bałem się wejść, zostawiłem tam swój pergamin z pracą domową... - Caleb zaczerwienił się ze wstydu. Harry zmarszczył brwi.
- Skąd wiesz, co to za zaklęcie? - zapytał w miarę jak najmniej podchwytliwie.
- Profesor wymówił formułę Eskaperteo Patronoum, czy jakoś tak... i z jego różdżki wyszedł najpierw taki biały dymek, podobny do tego, który pojawia się nad fajką profesora Flitwicka, kiedy wszyscy wychodzą po lekcji - odpowiedziało rezolutne dziecko. - No, ale z różdżki pana dyrektora wystrzeliła taka mgiełka, która zamieniła się w pana, panie profesorze.
Harry zaczerwienił się po czubki uszu.
- Tak, to jest patronus pana dyrektora.
Byli już prawie na samym dole, do Skrzydła Szpitalnego zostało im jeszcze jakieś dwie minuty drogi.
- Boli mnie buzia - poskarżył się Caleb. Harry spojrzał na niego i aż się rozczulił, co było totalnie nie w jego stylu. Zatrzymał się na chwilę i przyklęknął naprzeciw Gryfonka, patrząc mu prosto w oczy.
- Calebie, pamiętaj. Jesteś w Gryffindorze. Gryfoni to twarde sztuki. Tylko Ślizgoni wymiękają przy byle skaleczeniu i udają, że umierają, jeśli zatną się ostrym brzegiem pergaminu.
- Tak pan uważa, panie Potter?
Harry aż drgnął na dźwięk tak dobrze znanego mu głosu. Pochylił lekko głowę, tłumiąc chichot, a raczej ukrywając go przed Calebem i powoli wstał. Powłóczystym ruchem obrócił się w stronę głosu.
Tuż za nim stał Severus Snape. W całej swej okazałości.
Harry z nostalgią stwierdził, że wcale się nie zmienił, a cztery plamy na jego szyi i karku nadają mu takiego... seksownego wyglądu. No i trochę sztywno porusza głową, ale nie dziwota... skoro ukąsił go jadowity wąż, będący jednocześnie fragmentem duszy Voldemorta...
W tej chwili Snape taksował go nieprzeniknionym spojrzeniem. Widać było, że przywołany z powrotem na swoje stanowisko dyrektor Hogwartu ma ochotę się roześmiać, ale status społeczny i opinia publiczna mu na to nie pozwala. Harry widział jednak ukochane przez niego radosne i zupełnie niepasujące do Severusa iskierki w zwykle zimnych, czarnych i bezdennych jak zamknięte tunele oczach i cieszył się, że dawny nauczyciel a aktualnie przełożony i jego ukochany wcale a wcale się nie zmienił, jeśli chodzi o charakter. Wredny, bezczelny, ironiczny... i nawet, niech to diabli, nie posiwiał, co było wprost niesamowite, patrząc na niego przez pryzmat zmian zachodzących w innych nauczycielach. Profesor Sinistra dorobiła się zmarszczek, McGonagall posiwiała jeszcze bardziej, o ile w ogóle to możliwe, Flitwick zgarbił się trochę, Trelawney jeszcze bardziej zbzikowała. Harry pomyślał ze smutkiem o profesor Sprout, która zginęła z rąk któregoś ze śmierciożerców podczas oblężenia Hogwartu. Od tamtego tragicznego dnia minęło pięć lat. Tyle osób poniosło śmierć. Pół Zakonu wybito w pień, większość ludzi, która włączyła się do walki była jakoś powiązana z grupą powołaną jakieś trzydzieści lat temu przez świętej pamięci Albusa Dumbledorer17;a. Tonks, Kingsley, Cho Chang, Artur Weasley... to nadal bolało, chociaż teraz, po tych pięciu latach jakby mniej.