_Tonks
12-06-2007, 15:34
Oto opowiadanko, które niestety nie zostało zaakceptowane na stronie jako artykuł, napisane specjalnie dla Moony Alex...
25.VIII.1971r.
Nazywam się Alexandra Cattler i mam jedenaście lat. Dlaczego to piszę? To proste, chcę, aby moja historia, która rozpoczęła się dokładnie w tym momencie została na zawsze zapamiętana. Dziwicie się pewnie, co to za nadzwyczajna historia? A ja nie potrafię odpowiedzieć, bo naprawdę nie wiem jak potoczą się dalsze losy bohaterki. Od czego by tu zacząć? Od początku, jak to powiada moja babcia, a więc od początku.
Pochodzę z całkiem normalnej, nie licząc mojego zwariowanego brata, magicznej rodziny. Jak już pisałam nazywam się Alexandra Cattler, mam 11 lat. Wygląd… jestem raczej drobną dziewczyną, o długich jasnorudych włosach i dużych granatowych oczach. Charakter… cholernie nieśmiała romantyczka. Od urodzenia mieszkam z rodzicami w niewielkim domku pod Londynem. I tam właśnie rozpoczyna się moja historia. W pewien nudny, monotonny i słoneczny poranek, gdy zasiadałam właśnie z bratem do śniadania (rodzice byli w pracy w Ministerstwie), do kuchni, przez otwarte okno wleciała duża sowa. „Nareszcie listy z Hogwartu”- pomyślałam wstając i idąc do ptaka.
-Olka to dla mnie, zostaw!- krzyknął z głębi mieszkania mój brat. Wspominałam już, że Rick jest totalnie nienormalny? Nie interesuje go nic poza dobrą zabawą!
-Jakbyś zapomniał gnomie, to ci przypomnę: JA W TYM ROKU TEŻ JADĘ DO HOGWARTU!- odpowiedziałam, a on skrzywił się i wyrwał mi z ręki kopertę zaadresowaną do niego. Rick w tym roku zaczyna trzeci rok nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa.
Otworzyłam kopertę i przeczytałam szybko list.
HOGWART
SZKOŁA MAGII i CZARODZIEJSTWA
Dyrektor: ALBUS DUMBLEDORE
(Order Merlina Pierwszej Klasy, Wielki Czar., Gł. Mag, Najwyższa Szycha, Międzynarodowa Konfed. Czarodziejów)
Szanowna Pani Cattler,
Mamy przyjemność poinformowania Panią, że zo¬stała Pani przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dołączamy listę niezbędnych książek i wy¬posażenia.
Rok szkolny rozpoczyna się 1września. Ocze¬kujemy pańskiej sowy nie później niż 31 lipca. Z wyrazami szacunku,
Minerwa McGonagall,
zastępca dyrektora.
„No to trzeba się będzie wybrać na Pokątną” – pomyślałam chowając list z powrotem do koperty.
19:30
Właśnie wróciłam z zakupów. Mam już wszystko co potrzebne do rozpoczęcia nauki. Mama była taka dumna, gdy po powrocie z pracy przeczytała mój list, że od razu zabrała mnie na Pokątną. Wróciłyśmy dopiero po 4 godzinach! Nie wierzycie, że można tak dużo czasu spędzić na zakupach szkolnych? To sami zobaczcie jakie wyposażenia potrzebowałam:
HOGWART
SZKOŁA MAGII i CZARODZIEJSTWA
UMUNDUROWANIE
Studenci pierwszego roku muszą mieć:
1. Trzy komplety szat roboczych (czarnych)
2. Jedną zwykłą spiczastą tiarę dzienną (czarną)
3. Jedną parę rękawic ochronnych (ze smoczej skóry albo podobnego rodzaju)
4. Jeden płaszcz zimowy (czarny, zapinki srebrne)
uwaga: wszystkie stroje uczniów powinny być zaopa¬trzone w naszywki z imieniem.
PODRĘCZNIKI
Wszyscy studenci powinni mieć po jednym egzemplarzu następujących dzieł:
Standardowa księga zaklęć (l stopień) Mirandy Goshawk
Dzieje magii Bathildy Bagshot
Teoria magii Adalberta Wafflinga
Wprowadzenie do transmutacji (dla początkujących) Emerika Switcha
Tysiąc magicznych ziół i grzybów Phyllidy Spore
Magiczne wzory i napoje Arseniusa Jiggera
Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć Newta Scamandera
Ciemne moce: Poradnik samoobrony Quentina Trimble’a
POZOSTAŁE WYPOSAŻENIE
1 różdżka
1 kociołek (cynowy, rozmiar 2)1 zestaw szklanych lub kryształowych fiolek 1 teleskop
1 miedziana waga z odważnikami
Studenci mogą także mieć jedną sowę ALBO jednego kota, ALBO jedną ropuchę.
PRZYPOMINA SIĘ RODZICOM, ŻE STUDEN¬TOM PIERWSZYCH LAT NIE ZEZWALA SIĘ NA POSIADANIE WŁASNYCH MIOTEŁ
No więc, mam już wszystko.Za niecały tydzień wyjeżdżam. Nie mogę się już doczekać.
1.IX.1971r.
6:30
Nareszcie nadszedł ten długo wyczekiwany dzień. Co prawda Express Hogwart odjeżdża dopiero o 11, ale nie mogłam dłużej spać. Jestem taka podekscytowana. Nie wyobrażacie sobie jakie to nudne jest takie bezczynne siedzenie samej w domu przez cały rok!
930
Śniadanie zjadłam, wszystko spakowane już od wczoraj. Jeszcze półtora godziny do odjazdu. Z domu wyjedziemy o 10, bo przecież na dworzec King Cross jest od nas trochę daleko! W domu wszyscy zdenerwowani, bo Rick właśnie sobie przypomniał, że zgubił na początku wakacji swój kociołek. Prawdę mówiąc to zdaje mi się, że wiem gdzie on jest, ale nie będę im ułatwiała. Jeśli za 20 minut go nie znajda to im powiem.
14:00
No i oczywiście musiałam im pokazać ten kociołek. Mój brat to jednak totalna oferma. Całe wakacje leżał pod jego łóżkiem, a on nie mógł go znaleźć. Nie pytajcie skąd to wiem. No więc o 1055 byliśmy na dworcu. Mama złapała mnie za rękę i po chwili obie byłyśmy już na peronie 9¾.
-Córeczko, bądź grzeczna, ucz się pilnie i pisz do nas często. – mówiła mama.
-Mamo, czy ja was kiedykolwiek zawiodłam?- zapytałam patrząc jej oczy. No bo ja przecież jestem grzeczna i posłuszna. Traktują mnie jak dziecko. Niestety nie mogłam dłużej myśleć o tym co mówią do mnie rodzice, bo kogoś zauważyłam. Wysoki, chudy chłopiec pojawił się właśnie na horyzoncie. Usłyszałam jak jego rodzice mówili:
-Bądź ostrożny, proszę cię, pamiętaj pod jakim warunkiem możesz się uczyć w Hogwarcie.
Kiwał tylko głową nic nie mówiąc. Poczułam się dziwnie, tak jak jeszcze nigdy dotąd. Jakby setki motyli nagle zbudziło się w moim żołądku.
-Rick, zajmij się siostrą…- mówiła mama, ale ja słyszałam ją jakby w oddali. Ten chłopiec jest taki inny, taki wyjątkowy, taki niepowtarzalny, ciekawe jak się nazywa i o co chodziło z tymi warunkami?
-Wsiadajcie już zaraz odjazd!- te słowa wyrwały mnie z myśli o tajemniczym nieznajomym. Ruszyłam za Rickiem, do pociągu. Coś szarpnęło i pociąg ruszył. Zaczęliśmy machać rodzicom. Machaliśmy, aż mi ręka zdrętwiała, a oni zniknęli za zakrętem. Potem powędrowałam za bratem wzdłuż wagonu. Szukając jakiegoś wolnego miejsca. Nagle mój brat zatrzymał się gwałtownie, a ja o mały włos na niego nie wpadłam. Otworzył drzwi przedziału i zwrócił się do mnie:
-To miejsce dla ciebie- po czym odszedł śmiejąc się.
Zajrzałam niepewnie i zobaczyłam grupkę pierwszoroczniaków. Wszyscy byli strasznie przestraszeni i patrzyli na mnie jak na jakiegoś ducha. Zasunęłam drzwi i ruszyłam dalej w nadziei, że spotkam owego chłopca z dworca. Jednak nigdzie go nie było. W końcu znalazłam prawie pusty przedział. Siedziały tam tylko 2 dziewczyny, wyglądały na pierwszoklasistki, ale nie tak przerażone jak poprzedni. Otworzyłam drzwi i spytałam :
-Tu wolne?
Kiwnęły głowami, a ja wcisnęłam się do pomieszczenia. Usiadłam obok i westchnęłam, gdy jedna z dziewczyn zapytała:
-Pierwszy rok?
-Tak
-Jestem Madeleine, a to Kate.- powiedziała podając mi dłoń.
-Alexandra.- odpowiedziałam i w ten sposób zyskałam nowe koleżanki. Całą drogę rozmawiałyśmy na tematy szkoły. Wyjaśniły mi na przykład, że ceremonia przydziału nie polega, tak jak mówił mój braciszek, na przepłynięciu przez jezioro i walce z ogromną kałamarnicą (to by wyjaśniało moje dzisiejsze podwójne ubranie) tylko na nałożeniu zwykłej tiary, która wykrzykuje nazwę domu, do którego się dostaje. Nie powiedziałam im o chłopcu. Boję się, że mnie wyśmieją.
23:30
Już po wszystkim. Największy stres minął. Gdy wysiedliśmy z pociągu na dworcu stał ogromny człowiek. Kate wytłumaczyła mi, że to gajowy Hogwartu, Rebus Hagrid. Poprowadził nas na brzeg jeziora, gdzie stało pełno łódek. Wszyscy uczniowie wsiedli do nich. Ja siedziałam oczywiście z moim koleżankami z pociągu. W kolejnej łódce usiadł ON. On czyli chłopiec z dworca. Uroczo wyglądał w cieniu nocy. Gdy dobiliśmy w końcu do przeciwległego brzegu gajowy poprowadził nas do zamku, który wyglądał cudownie. Ogromny wyrósł na horyzoncie gdy zbliżaliśmy się do brzegu. Na schodach przed ogromnymi dębowymi drzwiami stała jakaś wysoka, szczupła kobieta w długiej szmaragdowo zielonej szacie i szpiczastej tiarze na głowie. Zaprowadziła nas do Sali wejściowej.
-Nazywam się Minerwa McGonagall- powiedziała, gdy wszyscy ucichli.- Jestem zastępcą dyrektora. Witam was bardzo serdecznie w Hogwarcie Szkole Magii i Czarodziejstwa. Za chwilę weźmiecie udział w ceremoni przydziału, w której zostaniecie przydzieleni do jednego z czterech domów: Gryffindor, Hufflepuff, Ravenclav i Slytherin…- i tak dalej i tak dalej. Przestałam jej słuchać. Wśród tłumu uczniów starałam się wzrokiem wyłowić chłopca. Wreszcie zauważyłam go, stał opierając się o ścianę i patrzył się na profesor McGonagall słuchając jej w skupieniu. Po chwili wszyscy zaczęli iść w stronę drugich ogromnych drzwi, które otworzyły się ukazując zdumiewający widok. Ogromna sala wypełniona była uczniami starszych klas, który siedzieli przy 4 długi stołach. Piąty stół zarezerwowany był dla nauczycieli i stał w poprzek Sali. Jednak najbardziej zafascynował mnie sufit. Przypominał niebo nocą, na którym unosiło się powietrzu tysiące świeczek. Przeszliśmy środkiem Sali, między stołami, aż dotarliśmy do małych schodków, na których stał niewielki stołeczek. O dziwo zauważyłam na nim stary wyświechtany kapelusz. W Sali zaległa głucha cisza, gdy szpara w tiarze otworzyła się i wydobył się z niej skrzeczący głos, śpiewający jakąś pieśń. Prawdę mówiąc nawet jej nie słuchałam. Przy stole obok którego stałam zauważyłam mojego brata. Szeptał coś do kolegi obok, a potem oboje zaczęli chichotać. Przyjrzałam się jeszcze reszcie uczniów, którzy w ciszy słuchali śpiewu kapelusza. Gdy wreszcie ucichła profesor McGonagall wzięła ją do ręki, rozwinęła długi pergamin i oznajmiła, że osoba, której nazwisko wyczyta, ma podejść i usiąść na stołku. Czytała w kolejności alfabetycznej, więc szybko doszła do mnie. Nabrałam powietrza i pewnym krokiem ruszyłam w stronę środka Sali. Usiadłam na stołku, a sorka nałożyła mi tiarę na głowę. Była ona za duża i opadła mi na oczy. A po chwili usłyszałam cichy głosik, który tak jakby wydobywała się z wnętrza kapelusza:
-Hmm… Mądra, odważna, trochę nieśmiała… Brat w Hufflepuffie… Nie, ty się tam nie nadajesz… zdecydowanie GRYFFINDOR!
-Poczułam jak profesor McGonaggal zdejmuje mi kapelusz głowy. Wstałam i spojrzałam na salę, wszyscy bili brawo, a najbardziej uczniowie siedzący przy ostatnim stole, byli to Gryffoni. Szybkim krokiem poszłam w ich kierunku. Usiadłam naprzeciwko chłopca, który tuż przede mną zdjął kapelusz z głowy.
-Jestem Syriusz Black- powiedział uśmiechając się i podając mi rękę
-Alexandra Cattler- przedstawiałam się grzecznie. Po chwili obok mnie usiadła Lily Evans, nie wyglądała na szczęśliwą tym, że jest w Gryffindorze, gdy zobaczyła Syriusza spojrzała na niego gniewnie i odwróciła się.
-Lupin Remus – usłyszałam i spojrzałam w storę środka Sali. ON szedł w stronę stołka z niepewnym uśmiechem na twarzy. On, ten chłopiec, nazywa się Remus Lupin. Obserwowałam uważnie każdy jego ruch. W końcu… GRYFFINDOR… krzyknęła tiara, a uradowany Remus pobiegł w naszą stronę. Uśmiechnęłam się do niego, gdy siadał, ale chyba mnie nie zauważył. Syriusz od razu zaczął mu gratulować. Po chwili Kate i Madelina też siedziały przy stole Gryfonów, a Syriusz i Remus zajęli się rozmową z Jamsem Potterem i Peterem Petegrewem, którzy też zostali tego wieczoru Gryfonami. Remus w ogóle na mnie nie patrzył, ja za to nie spuszczałam go z oczu. Zauważyłam, że ma piękne bursztynowe oczy. Nagle wstał dyrektor szkoły, Albus Dumbledore. Powiedziała co miał powiedzieć, jak zwykle nie słuchałam i usiadł, a na stołach pojawiły się złote półmiski wypełnione najprzeróżniejszymi potrawami. Byłam głodna jak wilk, więc natychmiast zaczęłam jeść. Gdy wszyscy się już najedli dyrektor znowu wstał, ze stołów poznikały brudne naczynia, i oznajmił, że mamy teraz iść spać, że pierwszoroczni mają iść za prefektami swoich domów, którzy wszystko im wyjaśnią. W Sali zrobił się ogólny harmider. Obserwowałam Remusa, który razem z kolegami zaczęli iść w stronę wyjścia, gdy podbiegła do nich profesor McGonagall i po chwili odeszła z Remusem w stronę stołu nauczycielskiego. Zdziwiłam się bardzo, ale nie miałam czasu, żeby o tym myśleć, bo właśnie ścisnięta w tłumie zaczęłam zmierzać w stronę marmurowych schodów. Po pięciu minutach wędrówki w tłoku dotarliśmy wreszcie do niewielkiej komnaty, w której znajdował się ogromny obraz z jakąś gruba damą w różowej sukience.
-Hasło?- zapytał obraz, a prefekt odpowiedział:
-Gargulki.
Obraz odchylił się i wszyscy weszli do niewielkiego salonu z kominkiem i starymi, zniszczonymi meblami. Wszędzie wisiało pełno czerwono złotych flag z gryfem. Prefekt pokazał nam gdzie znajduje się dormitorium dziewcząt, a gdzie chłopców i polecił nam pójście spać. Wspięłam się więc schodami do niewielkiego okrągłego pokoju. Znajdowały się tam cztery duże łóżka z kolumienkami i zasłonkami. W nogach każdego stał kufer. Odnalazłam swój i usiadłam na łóżku. Dziewczyny szybko przebrały się w piżamy i poszły spać, ale ja nie mogłam zasnąć. Ubrałam więc szlafrok, wzięłam pergamin i pióro z kufra i zeszłam na dół do pokoju wspólnego. Nikogo w nim nie było. Usiadłam więc przy stoliku i zaczęłam pisać:
Kochani Rodzice,
Dojechaliśmy, jestem w Gryffindorze, tiara powiedziała mi, że jestem odważna i mądra. Poznałam już dużo koleżanek i kolegów. Jest naprawdę bardzo fajnie. Tęsknię za wami, i mam nadzieję, że się niedługo zobaczymy. Pozdrawiam,
Alex.
Gdy tylko skończyłam pisać usłyszałam, ze na korytarzu przed portretem, ktoś z kimś rozmawia. Zdziwiłam się, kto to może być i postanowiłam to sprawdzić. Podeszłam po cichutku do wyjścia i delikatnie w nie zapukałam, a przejście się otworzyło. Stanęłam twarzą w twarz z Remusem. Spojrzałam na niego zdziwiona.
-C-co tu robisz?- zapytałam niepewnie
-Ja właśnie usiłuję się dostać do dormitorium, ale… nie znam hasła.
-Gargulki- powiedziałam spoglądając na Grubą Damę, która nie była zadowolona, że wpuszczam kogoś do pokoju wspólnego, ale nie miała nic do gadania, musiała otworzyć przejście.
-Dzięki – powiedział Remus, gdy staliśmy już przed kominkiem. Poczułam, że się rumienię.
-A tak w ogóle to jestem Remus, Remus Lupin- powiedział wyciągając do mnie dłoń.
-Alexandra Cattler – przedstawiłam się.
-Wiesz może gdzie…- zapytał
-Dormitorium chłopców? Tam- wskazałam spiralne schodki, a on uśmiechnął się do mnie i powiedział:
-Dzięki, to ja idę spać, do jutra…
-Pa… - odpowiedziałam. To było cudowne, stałam z nim sama i rozmawialiśmy, a potem uścisnął mi dłoń… Ma taki subtelny głos… Kurczę, czy ja się przypadkiem nie zakochałam? Zresztą co w tym złego?
25.VIII.1971r.
Nazywam się Alexandra Cattler i mam jedenaście lat. Dlaczego to piszę? To proste, chcę, aby moja historia, która rozpoczęła się dokładnie w tym momencie została na zawsze zapamiętana. Dziwicie się pewnie, co to za nadzwyczajna historia? A ja nie potrafię odpowiedzieć, bo naprawdę nie wiem jak potoczą się dalsze losy bohaterki. Od czego by tu zacząć? Od początku, jak to powiada moja babcia, a więc od początku.
Pochodzę z całkiem normalnej, nie licząc mojego zwariowanego brata, magicznej rodziny. Jak już pisałam nazywam się Alexandra Cattler, mam 11 lat. Wygląd… jestem raczej drobną dziewczyną, o długich jasnorudych włosach i dużych granatowych oczach. Charakter… cholernie nieśmiała romantyczka. Od urodzenia mieszkam z rodzicami w niewielkim domku pod Londynem. I tam właśnie rozpoczyna się moja historia. W pewien nudny, monotonny i słoneczny poranek, gdy zasiadałam właśnie z bratem do śniadania (rodzice byli w pracy w Ministerstwie), do kuchni, przez otwarte okno wleciała duża sowa. „Nareszcie listy z Hogwartu”- pomyślałam wstając i idąc do ptaka.
-Olka to dla mnie, zostaw!- krzyknął z głębi mieszkania mój brat. Wspominałam już, że Rick jest totalnie nienormalny? Nie interesuje go nic poza dobrą zabawą!
-Jakbyś zapomniał gnomie, to ci przypomnę: JA W TYM ROKU TEŻ JADĘ DO HOGWARTU!- odpowiedziałam, a on skrzywił się i wyrwał mi z ręki kopertę zaadresowaną do niego. Rick w tym roku zaczyna trzeci rok nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa.
Otworzyłam kopertę i przeczytałam szybko list.
HOGWART
SZKOŁA MAGII i CZARODZIEJSTWA
Dyrektor: ALBUS DUMBLEDORE
(Order Merlina Pierwszej Klasy, Wielki Czar., Gł. Mag, Najwyższa Szycha, Międzynarodowa Konfed. Czarodziejów)
Szanowna Pani Cattler,
Mamy przyjemność poinformowania Panią, że zo¬stała Pani przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dołączamy listę niezbędnych książek i wy¬posażenia.
Rok szkolny rozpoczyna się 1września. Ocze¬kujemy pańskiej sowy nie później niż 31 lipca. Z wyrazami szacunku,
Minerwa McGonagall,
zastępca dyrektora.
„No to trzeba się będzie wybrać na Pokątną” – pomyślałam chowając list z powrotem do koperty.
19:30
Właśnie wróciłam z zakupów. Mam już wszystko co potrzebne do rozpoczęcia nauki. Mama była taka dumna, gdy po powrocie z pracy przeczytała mój list, że od razu zabrała mnie na Pokątną. Wróciłyśmy dopiero po 4 godzinach! Nie wierzycie, że można tak dużo czasu spędzić na zakupach szkolnych? To sami zobaczcie jakie wyposażenia potrzebowałam:
HOGWART
SZKOŁA MAGII i CZARODZIEJSTWA
UMUNDUROWANIE
Studenci pierwszego roku muszą mieć:
1. Trzy komplety szat roboczych (czarnych)
2. Jedną zwykłą spiczastą tiarę dzienną (czarną)
3. Jedną parę rękawic ochronnych (ze smoczej skóry albo podobnego rodzaju)
4. Jeden płaszcz zimowy (czarny, zapinki srebrne)
uwaga: wszystkie stroje uczniów powinny być zaopa¬trzone w naszywki z imieniem.
PODRĘCZNIKI
Wszyscy studenci powinni mieć po jednym egzemplarzu następujących dzieł:
Standardowa księga zaklęć (l stopień) Mirandy Goshawk
Dzieje magii Bathildy Bagshot
Teoria magii Adalberta Wafflinga
Wprowadzenie do transmutacji (dla początkujących) Emerika Switcha
Tysiąc magicznych ziół i grzybów Phyllidy Spore
Magiczne wzory i napoje Arseniusa Jiggera
Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć Newta Scamandera
Ciemne moce: Poradnik samoobrony Quentina Trimble’a
POZOSTAŁE WYPOSAŻENIE
1 różdżka
1 kociołek (cynowy, rozmiar 2)1 zestaw szklanych lub kryształowych fiolek 1 teleskop
1 miedziana waga z odważnikami
Studenci mogą także mieć jedną sowę ALBO jednego kota, ALBO jedną ropuchę.
PRZYPOMINA SIĘ RODZICOM, ŻE STUDEN¬TOM PIERWSZYCH LAT NIE ZEZWALA SIĘ NA POSIADANIE WŁASNYCH MIOTEŁ
No więc, mam już wszystko.Za niecały tydzień wyjeżdżam. Nie mogę się już doczekać.
1.IX.1971r.
6:30
Nareszcie nadszedł ten długo wyczekiwany dzień. Co prawda Express Hogwart odjeżdża dopiero o 11, ale nie mogłam dłużej spać. Jestem taka podekscytowana. Nie wyobrażacie sobie jakie to nudne jest takie bezczynne siedzenie samej w domu przez cały rok!
930
Śniadanie zjadłam, wszystko spakowane już od wczoraj. Jeszcze półtora godziny do odjazdu. Z domu wyjedziemy o 10, bo przecież na dworzec King Cross jest od nas trochę daleko! W domu wszyscy zdenerwowani, bo Rick właśnie sobie przypomniał, że zgubił na początku wakacji swój kociołek. Prawdę mówiąc to zdaje mi się, że wiem gdzie on jest, ale nie będę im ułatwiała. Jeśli za 20 minut go nie znajda to im powiem.
14:00
No i oczywiście musiałam im pokazać ten kociołek. Mój brat to jednak totalna oferma. Całe wakacje leżał pod jego łóżkiem, a on nie mógł go znaleźć. Nie pytajcie skąd to wiem. No więc o 1055 byliśmy na dworcu. Mama złapała mnie za rękę i po chwili obie byłyśmy już na peronie 9¾.
-Córeczko, bądź grzeczna, ucz się pilnie i pisz do nas często. – mówiła mama.
-Mamo, czy ja was kiedykolwiek zawiodłam?- zapytałam patrząc jej oczy. No bo ja przecież jestem grzeczna i posłuszna. Traktują mnie jak dziecko. Niestety nie mogłam dłużej myśleć o tym co mówią do mnie rodzice, bo kogoś zauważyłam. Wysoki, chudy chłopiec pojawił się właśnie na horyzoncie. Usłyszałam jak jego rodzice mówili:
-Bądź ostrożny, proszę cię, pamiętaj pod jakim warunkiem możesz się uczyć w Hogwarcie.
Kiwał tylko głową nic nie mówiąc. Poczułam się dziwnie, tak jak jeszcze nigdy dotąd. Jakby setki motyli nagle zbudziło się w moim żołądku.
-Rick, zajmij się siostrą…- mówiła mama, ale ja słyszałam ją jakby w oddali. Ten chłopiec jest taki inny, taki wyjątkowy, taki niepowtarzalny, ciekawe jak się nazywa i o co chodziło z tymi warunkami?
-Wsiadajcie już zaraz odjazd!- te słowa wyrwały mnie z myśli o tajemniczym nieznajomym. Ruszyłam za Rickiem, do pociągu. Coś szarpnęło i pociąg ruszył. Zaczęliśmy machać rodzicom. Machaliśmy, aż mi ręka zdrętwiała, a oni zniknęli za zakrętem. Potem powędrowałam za bratem wzdłuż wagonu. Szukając jakiegoś wolnego miejsca. Nagle mój brat zatrzymał się gwałtownie, a ja o mały włos na niego nie wpadłam. Otworzył drzwi przedziału i zwrócił się do mnie:
-To miejsce dla ciebie- po czym odszedł śmiejąc się.
Zajrzałam niepewnie i zobaczyłam grupkę pierwszoroczniaków. Wszyscy byli strasznie przestraszeni i patrzyli na mnie jak na jakiegoś ducha. Zasunęłam drzwi i ruszyłam dalej w nadziei, że spotkam owego chłopca z dworca. Jednak nigdzie go nie było. W końcu znalazłam prawie pusty przedział. Siedziały tam tylko 2 dziewczyny, wyglądały na pierwszoklasistki, ale nie tak przerażone jak poprzedni. Otworzyłam drzwi i spytałam :
-Tu wolne?
Kiwnęły głowami, a ja wcisnęłam się do pomieszczenia. Usiadłam obok i westchnęłam, gdy jedna z dziewczyn zapytała:
-Pierwszy rok?
-Tak
-Jestem Madeleine, a to Kate.- powiedziała podając mi dłoń.
-Alexandra.- odpowiedziałam i w ten sposób zyskałam nowe koleżanki. Całą drogę rozmawiałyśmy na tematy szkoły. Wyjaśniły mi na przykład, że ceremonia przydziału nie polega, tak jak mówił mój braciszek, na przepłynięciu przez jezioro i walce z ogromną kałamarnicą (to by wyjaśniało moje dzisiejsze podwójne ubranie) tylko na nałożeniu zwykłej tiary, która wykrzykuje nazwę domu, do którego się dostaje. Nie powiedziałam im o chłopcu. Boję się, że mnie wyśmieją.
23:30
Już po wszystkim. Największy stres minął. Gdy wysiedliśmy z pociągu na dworcu stał ogromny człowiek. Kate wytłumaczyła mi, że to gajowy Hogwartu, Rebus Hagrid. Poprowadził nas na brzeg jeziora, gdzie stało pełno łódek. Wszyscy uczniowie wsiedli do nich. Ja siedziałam oczywiście z moim koleżankami z pociągu. W kolejnej łódce usiadł ON. On czyli chłopiec z dworca. Uroczo wyglądał w cieniu nocy. Gdy dobiliśmy w końcu do przeciwległego brzegu gajowy poprowadził nas do zamku, który wyglądał cudownie. Ogromny wyrósł na horyzoncie gdy zbliżaliśmy się do brzegu. Na schodach przed ogromnymi dębowymi drzwiami stała jakaś wysoka, szczupła kobieta w długiej szmaragdowo zielonej szacie i szpiczastej tiarze na głowie. Zaprowadziła nas do Sali wejściowej.
-Nazywam się Minerwa McGonagall- powiedziała, gdy wszyscy ucichli.- Jestem zastępcą dyrektora. Witam was bardzo serdecznie w Hogwarcie Szkole Magii i Czarodziejstwa. Za chwilę weźmiecie udział w ceremoni przydziału, w której zostaniecie przydzieleni do jednego z czterech domów: Gryffindor, Hufflepuff, Ravenclav i Slytherin…- i tak dalej i tak dalej. Przestałam jej słuchać. Wśród tłumu uczniów starałam się wzrokiem wyłowić chłopca. Wreszcie zauważyłam go, stał opierając się o ścianę i patrzył się na profesor McGonagall słuchając jej w skupieniu. Po chwili wszyscy zaczęli iść w stronę drugich ogromnych drzwi, które otworzyły się ukazując zdumiewający widok. Ogromna sala wypełniona była uczniami starszych klas, który siedzieli przy 4 długi stołach. Piąty stół zarezerwowany był dla nauczycieli i stał w poprzek Sali. Jednak najbardziej zafascynował mnie sufit. Przypominał niebo nocą, na którym unosiło się powietrzu tysiące świeczek. Przeszliśmy środkiem Sali, między stołami, aż dotarliśmy do małych schodków, na których stał niewielki stołeczek. O dziwo zauważyłam na nim stary wyświechtany kapelusz. W Sali zaległa głucha cisza, gdy szpara w tiarze otworzyła się i wydobył się z niej skrzeczący głos, śpiewający jakąś pieśń. Prawdę mówiąc nawet jej nie słuchałam. Przy stole obok którego stałam zauważyłam mojego brata. Szeptał coś do kolegi obok, a potem oboje zaczęli chichotać. Przyjrzałam się jeszcze reszcie uczniów, którzy w ciszy słuchali śpiewu kapelusza. Gdy wreszcie ucichła profesor McGonagall wzięła ją do ręki, rozwinęła długi pergamin i oznajmiła, że osoba, której nazwisko wyczyta, ma podejść i usiąść na stołku. Czytała w kolejności alfabetycznej, więc szybko doszła do mnie. Nabrałam powietrza i pewnym krokiem ruszyłam w stronę środka Sali. Usiadłam na stołku, a sorka nałożyła mi tiarę na głowę. Była ona za duża i opadła mi na oczy. A po chwili usłyszałam cichy głosik, który tak jakby wydobywała się z wnętrza kapelusza:
-Hmm… Mądra, odważna, trochę nieśmiała… Brat w Hufflepuffie… Nie, ty się tam nie nadajesz… zdecydowanie GRYFFINDOR!
-Poczułam jak profesor McGonaggal zdejmuje mi kapelusz głowy. Wstałam i spojrzałam na salę, wszyscy bili brawo, a najbardziej uczniowie siedzący przy ostatnim stole, byli to Gryffoni. Szybkim krokiem poszłam w ich kierunku. Usiadłam naprzeciwko chłopca, który tuż przede mną zdjął kapelusz z głowy.
-Jestem Syriusz Black- powiedział uśmiechając się i podając mi rękę
-Alexandra Cattler- przedstawiałam się grzecznie. Po chwili obok mnie usiadła Lily Evans, nie wyglądała na szczęśliwą tym, że jest w Gryffindorze, gdy zobaczyła Syriusza spojrzała na niego gniewnie i odwróciła się.
-Lupin Remus – usłyszałam i spojrzałam w storę środka Sali. ON szedł w stronę stołka z niepewnym uśmiechem na twarzy. On, ten chłopiec, nazywa się Remus Lupin. Obserwowałam uważnie każdy jego ruch. W końcu… GRYFFINDOR… krzyknęła tiara, a uradowany Remus pobiegł w naszą stronę. Uśmiechnęłam się do niego, gdy siadał, ale chyba mnie nie zauważył. Syriusz od razu zaczął mu gratulować. Po chwili Kate i Madelina też siedziały przy stole Gryfonów, a Syriusz i Remus zajęli się rozmową z Jamsem Potterem i Peterem Petegrewem, którzy też zostali tego wieczoru Gryfonami. Remus w ogóle na mnie nie patrzył, ja za to nie spuszczałam go z oczu. Zauważyłam, że ma piękne bursztynowe oczy. Nagle wstał dyrektor szkoły, Albus Dumbledore. Powiedziała co miał powiedzieć, jak zwykle nie słuchałam i usiadł, a na stołach pojawiły się złote półmiski wypełnione najprzeróżniejszymi potrawami. Byłam głodna jak wilk, więc natychmiast zaczęłam jeść. Gdy wszyscy się już najedli dyrektor znowu wstał, ze stołów poznikały brudne naczynia, i oznajmił, że mamy teraz iść spać, że pierwszoroczni mają iść za prefektami swoich domów, którzy wszystko im wyjaśnią. W Sali zrobił się ogólny harmider. Obserwowałam Remusa, który razem z kolegami zaczęli iść w stronę wyjścia, gdy podbiegła do nich profesor McGonagall i po chwili odeszła z Remusem w stronę stołu nauczycielskiego. Zdziwiłam się bardzo, ale nie miałam czasu, żeby o tym myśleć, bo właśnie ścisnięta w tłumie zaczęłam zmierzać w stronę marmurowych schodów. Po pięciu minutach wędrówki w tłoku dotarliśmy wreszcie do niewielkiej komnaty, w której znajdował się ogromny obraz z jakąś gruba damą w różowej sukience.
-Hasło?- zapytał obraz, a prefekt odpowiedział:
-Gargulki.
Obraz odchylił się i wszyscy weszli do niewielkiego salonu z kominkiem i starymi, zniszczonymi meblami. Wszędzie wisiało pełno czerwono złotych flag z gryfem. Prefekt pokazał nam gdzie znajduje się dormitorium dziewcząt, a gdzie chłopców i polecił nam pójście spać. Wspięłam się więc schodami do niewielkiego okrągłego pokoju. Znajdowały się tam cztery duże łóżka z kolumienkami i zasłonkami. W nogach każdego stał kufer. Odnalazłam swój i usiadłam na łóżku. Dziewczyny szybko przebrały się w piżamy i poszły spać, ale ja nie mogłam zasnąć. Ubrałam więc szlafrok, wzięłam pergamin i pióro z kufra i zeszłam na dół do pokoju wspólnego. Nikogo w nim nie było. Usiadłam więc przy stoliku i zaczęłam pisać:
Kochani Rodzice,
Dojechaliśmy, jestem w Gryffindorze, tiara powiedziała mi, że jestem odważna i mądra. Poznałam już dużo koleżanek i kolegów. Jest naprawdę bardzo fajnie. Tęsknię za wami, i mam nadzieję, że się niedługo zobaczymy. Pozdrawiam,
Alex.
Gdy tylko skończyłam pisać usłyszałam, ze na korytarzu przed portretem, ktoś z kimś rozmawia. Zdziwiłam się, kto to może być i postanowiłam to sprawdzić. Podeszłam po cichutku do wyjścia i delikatnie w nie zapukałam, a przejście się otworzyło. Stanęłam twarzą w twarz z Remusem. Spojrzałam na niego zdziwiona.
-C-co tu robisz?- zapytałam niepewnie
-Ja właśnie usiłuję się dostać do dormitorium, ale… nie znam hasła.
-Gargulki- powiedziałam spoglądając na Grubą Damę, która nie była zadowolona, że wpuszczam kogoś do pokoju wspólnego, ale nie miała nic do gadania, musiała otworzyć przejście.
-Dzięki – powiedział Remus, gdy staliśmy już przed kominkiem. Poczułam, że się rumienię.
-A tak w ogóle to jestem Remus, Remus Lupin- powiedział wyciągając do mnie dłoń.
-Alexandra Cattler – przedstawiłam się.
-Wiesz może gdzie…- zapytał
-Dormitorium chłopców? Tam- wskazałam spiralne schodki, a on uśmiechnął się do mnie i powiedział:
-Dzięki, to ja idę spać, do jutra…
-Pa… - odpowiedziałam. To było cudowne, stałam z nim sama i rozmawialiśmy, a potem uścisnął mi dłoń… Ma taki subtelny głos… Kurczę, czy ja się przypadkiem nie zakochałam? Zresztą co w tym złego?